Jutro poniedziałek

„Jutro poniedziałek”. Tak brzmiał tytuł jednego z kultowych programów emitowanych w czasach minionego ustroju w każdą niedzielę w okolicach godziny 13.00. Pamiętam, choć było to wówczas, gdy chodziłam jeszcze do szkoły podstawowej (tej „starej”, oczywiście, 8-klasowej), że pojawienie się w szklanym okienku telewizora charakterystycznej planszy z tytułem programu, a zaraz potem postaci prowadzącej go Halszki Wasilewskiej budziło we mnie grozę, panikę, strach, niemoc i wszystkie najgorsze uczucia. Choć do rzeczonego poniedziałku pozostawało jeszcze formalnie 11 godzin, a do przekroczenia progów szkoły ok. 17, nic nie było już takie jak samo, jak chwilę wcześniej. Złowieszcze „Jutro poniedziałek” wbijało się w mózg i wisiało nade mną już przez resztę dnia niczym bomba zegarowa bezlitośnie odmierzająca czas do tego, co nieuniknione, czyli poniedziałkowego poranka. I tak było już potem przez wiele, wiele lat, choć program zniknął z anteny wraz ze zniknięciem „Dziennika Telewizyjnego”, nazw ulic takich jak np. „Armii Czerwonej” czy „Mariana Buczka”, a może nawet jeszcze wcześniej.

alelazy like...

Uczucie ‘Sunday blues’, frustracji wywołanej nieuchronnie nadciągającym widmem rozpoczęcia kolejnego ciężkiego roboczego tygodnia towarzyszy także współczesnym uczniom oraz większości tych, którzy pracują w trybie 40-godzinnego tygodnia pracy od poniedziałku do piątku. Ci rozpoczynający pracę o 6.00 lub 7.00 mogą, co prawda, zazdrościć trochę tym rozpoczynającym roboczy tydzień np. o 9.00, jednak ci drudzy tej różnicy często w ogóle nie odczuwają, zwłaszcza, jeśli poranny korek osiąga swoje apogeum właśnie w okolicach 8.00 – 9.00.

Ta analogia między szkołą a pracą w systemie 40/5 nie jest przypadkowa. Praca „na etat” przypomina często chodzenie do szkoły. Oczekuje się od nas punktualności (jak w szkole), stosownego dress kode (jak w szkole), pilności albo przynajmniej sprawiania takiego wrażenia (jak w szkole), robienia wszystkiego, co się nam każe (jak w szkole), zakazuje samodzielnego opuszczania stanowiska pracy lub przynajmniej siedziby pracodawcy (jak w szkole) i nakazuje wytrwanie na tym stanowisku/ w siedzibie do wyznaczonej godziny (jak w szkole). Trochę inaczej niż w szkole mogą się kształtować oczekiwania naszych przełożonych dotyczące aktywności – o ile wśród uczniów jest ona z reguły pożądana (jeśli tylko nie wiąże się np. ze zbytnią dociekliwością), o tyle wśród pracowników już niekoniecznie. Oczywiście, wszystko jest kwestią kultury organizacyjnej firmy i oprócz tych, w których faktycznie można poczuć się jak w szkole istnieje wiele przedsiębiorstw (ale raczej już nie instytucji), w których można czuć się „prawie jak w domu”, a przynajmniej czuć się jak osoba rzeczywiście dorosła, która wie, co ma do zrobienia i nie musi uprawiać biurowych gierek, aby tylko szef odniósł wrażenie, że jest w istocie zapracowana i należycie wykonuje swoje obowiązki. Bo czy to, że półżywa podpisuję listę obecności o 6.55 i grzecznie siedzę w pracy do 15.05 oznacza, że zrealizowałam swoje zadania? Niekoniecznie. Tak samo jak niekoniecznie to, że uczeń przyszedł na lekcje oznacza, że jest do nich  przygotowany. Jednym słowem, cały system edukacji przygotował nas do pracy na etacie.

Wyłomem z tego systemu okazują się studia, gdzie nie jest ważne (przynajmniej nie aż tak), czy byłam na jakimś wykładzie, lecz tylko to, czy mam z niego wiedzę i docelowo – czy zdam egzamin i zaliczę rok. Ten wyjątkowy okres w życiu, gdy jesteśmy rozliczani jedynie z rzeczywistych efektów naszej pracy kończy się jednak, gdy stajemy się pracobiorcami. No, chyba, że należymy do tego nielicznego grona szczęściarzy o nienormowanym czasie pracy lub prowadzimy własną firmę.

Skoro jednak nie należymy, a świadomość tego, że jutro poniedziałek ciąży nam niemiłosiernie, zaś alternatywa urlopu na żądanie albo nagłej wizyty u lekarza nie wchodzi w grę, znajdźmy jak najwięcej dobrych stron tego, co i tak nieuniknione, np:

  • W poniedziałek jest mój ulubiony… film, audycja, ulubiony vloger wrzuca swój nowy filmik etc. (a jeśli akurat nic ciekawego nie jest emitowane, to sam-a o to zadbam i obejrzę sobie to, co lubię);
  • W poniedziałek zawsze idę na basen, boks, spacer, zumbę, piłkę, bębny, filcowanie z decoupagem (oczywiście, jeśli to lubię i robię);
  • Każdy poniedziałek zbliża mnie do… (urlopu, wakacji, wypłaty, awansu!);
  • W poniedziałek zawsze odgrywam rolę perfekcyjnego pracownika/szefa (rolę! Wciel się w nią! Patrz na siebie z boku i ciesz się z dobrze odegranej roli) – dzięki czemu mam spokój z szefem do końca tygodnia :-P, a jeśli nie masz już nad sobą szefa, masz tym większy spokój (sumienia);
  • W poniedziałek biorę „na warsztat” (jeśli tylko mam możliwość wyboru) zadanie, co do którego mam pewność, że zrealizuję je bardzo dobrze (nic tak nie uskrzydla jak sukces na początku drogi)
  • Prozaiczne, ale w końcu mamy kryzys - cieszę się, że rano w poniedziałek mam dokąd iść (mam pracę!) ;-) ;
  • I wreszcie pomyśl, że za tydzień też będzie poniedziałek. Lany! Więc będziesz mieć wolne! (i co wtedy z wtorkiem…?)

Wiem, łatwo mi mówić, bo odkąd prowadzę własną firmę poniedziałek definitywnie przestał mnie straszyć. Czego i Wam życzę (świetnie prospoerujących firm i przyjaznych poniedziałków).

A o co chodzi?

Cześć!

Ten blog jest o pracy i jej możliwie wielu aspektach i paradoksach.

Przez wiele lat zajmowałam się HR i PR - pracowałam jako rekruter, konsultatnt i specjalista ZZL, specjalista PR, rzecznik prasowy, redaktor naczelny, copywriter . Pracowałam dla różnych firm i instytucji – MŚP, korporacji, NGO, administracji.  Zetknęłam się z masą absurdów i przykładów sytuacji, które sprawiały, że praca stawała się, parafrazując Freuda „źródłem cierpień” i uczucia potwornego dysonansunie z gatunku ‚nie chę, ale muszę’, ‚nienawidzę swojej pracy, ale nie mam wyjścia’ itp. prowadząc do stresu, frustracji, wypalenia zawodowego, depresji, chorób, zachowań patologicznych i autodestrukcyjnych.

mały

Przeczytwaszy „Why work sucks (and how to fix it?)” Cali Ressler i Jody Thompson  zafascynowałam się ideą ROWE – środowiska pracy nastawionego na rezultat (Results-Only Work Environment), w której liczą się tylko efekty pracy bez całej tej ‚otoczki’ sprzyjającej powstawaniu m.in. takich patologii jak mobbing.

Dziś prowadzę własną firmę, w której jako konsultant doradzam organizacjom (przedsiębiorstwom i instytucjom) sposoby na zwiększenie efektywnośći pracy ich zespołów i wzrost motywacji pracowników. Swoimi doświadczeniami, przemyśleniami i inspiracjami będę dzielić się z Wami na tym blogu.